Moja Majówka

Magdalena Jedlińska | ogólne | 6 maja 2008

Zastanawia mnie, co inni ludzie robią ze znajomymi, gdy wyjeżdżają razem na takie długie weekendy. Bo my oczywiście gramy (co za niespodzianka!) w planszówki. Zaletą tego hobby jest jego pogodowa niezależność – stoły można rozstawić i w domu i na dworze. Wadą natomiast to, że zajmuje sporo miejsca. Nawet jadąc samochodem trzeba się ograniczać, a np. Eufrat i Tygrys to całkiem spore pudełko. Jak się weźmie takie 4 gry w podobnych rozmiarach, to nie zmnieszczą się w żadnej torbie. Rowery przynajmniej można umieścić na samochodzie…

Tym razem na Kaszuby (kaszubskie lasy są chyba najpiękniejsze w Polsce) wyjechały z nami Kazaam (zaskakująco sympatyczna i dobra gra), Wysokie Napięcie (jak zawsze gwarancja dobrej rozgrywki), PitchCar (idealne, gdy czeka się na grilla), Byzantium (bardzo dobra strategia), Elasund (naprawdę ciekawa gra z samobalansującym się mechanizmem), Shear Panic (cudne, porcelanowe owieczki w niezłej grze, która niestety robi się zupełnie losowa na 4 osoby), Wilki i owce (Carcassonne dla dzieci, polecam), San Marco (genialna gra, po prostu genialna, niestety już nieosiągalna), High society, For sale, (fajne przerywniki między dłuższymi rozgrywkami) i Jungle speed (żelazna pozycja z grupy party games). Poza tym była z nami jeszcze cała sterta gier, w które nie zdążyliśmy zagrać (jak zwykle).

Pojechała z nami też Once upon a time. Zagraliśmy w nią największą liczbę razy, nie spodziewałam się, że jest aż tak doskonała! Choć może nie gra sama w sobie jest doskonała, ile jest ona katalizatorem dobrej zabawy. Gra wymaga dobranej grupy znajomych, wyrozumiale traktujących innych, trochę naginających zasady w celu ulepszenia rozrywki itd. W efekcie otrzymujemy zabawę, gdzie ludzie dosłownie płaczą i duszą się ze śmiechu. No oczywiście można też tworzyć historie z dreszczykiem, to już zależy od samych graczy.

“Once upon a time” jest pierwszą grą, gdzie autentycznie żałowaliśmy, że rozgrywka się skończyła. Zakończenie było wręcz niemile widziane! Nie raz uczestniczyłam w bardzo dobrej grze, gdzie, po zakończeniu, pozostawał cień żalu “już koniec? Szkoda…”. Jednakże zawsze towarzyszyła temu satysfakcja z przeprowadzenia bardzo dobrej gry. W przypadku “Once upon a time” jest inaczej – nikomu właściwie nie zależy na zakończeniu, wszyscy chcą kontynuować, wcinać się tylko po to, by się wciąć, a nie uniemożliwić wygranie przeciwnikowi. Co więcej – miarą dobrej zabawy jest też prowadzenie historii w taki sposób, by ułatwić innym wcinanie się. Zabawa była przednia, nie mogliśmy się grą nasycić. Podobnie było swego czasu z Jungle Speed – sesje trwały całymi nocami.

Jednakże i “Jungle Speed” i “Once upon a time” są grami lekkimi, zabawnymi i długi weekend majowy spędzony tylko z nimi szybko stałby się nudny. To jakby żyć tylko na czekoladkach. Pozycje poważniejsze są niezbędne dla zrównoważonej planszówkowej diety ;) . Bardzo lubię to uczucie “intelektualnej sytości”, które pojawia się po partii poważniejszej planszówki. Jest bardzo podobne do uczucia pojawiającego się po przeczytaniu dobrej książki lub po obejrzeniu dobrego filmu. Przewagą dobrej planszówki nad książką i filmem jest to, że można rozgrywkę powtórzyć i tak samo radować się nią za każdym razem.

I znowu naszła mnie ochota na Eufrat i Tygrys… ech.

1 komentarz »

  1. San Marco – zgadzam się, rewelacyjna gra. Z drugiej strony, jak spojrzeć na autora to nic dziwnego… ;)
    Pozdrawiam

    nojklop@gmail.com — 18/05/2008 @ 10:08

RSS komentarzy. TrackBack URI

Odpowiedz

REBEL.pl - największy w Polsce sklep z grami planszowymi.