Z cyklu Curiosa: część pierwsza – Cthulhu Rising
Przychodzi taki moment w życiu każdego planszówkowicza, gdy wszystkie gry zaczynają wydawać się do siebie podobne. Po otworzeniu pudełka widzimy garść drewnianych kosteczek w różnych kolorach, kilka większych pionków, mniej lub więcej kart, żetony, planszę względnie kilka plansz dla każdego z graczy, czasem kostkę, pieniążki lub parawaniki. Z czasem przestają ekscytować nawet chronometry (jak w Thebes), tu i ówdzie pojawiające się rondle czy klepsyderki. Z rzadka krew żywiej krąży w żyłach na widok ślicznych bateryjek, kosmonautów i kosmitów z Galaxy Truckera; krówek, świnek i owieczek z polskiej edycji Agricoli czy porcelitowych kontenerowców z Containera… zwykle jednak jest marazm.
Ale są takie gry, które przechodzą same siebie – i po otwarciu można tylko śmiać się lub płakać. Jestem osobą pogodnego usposobienia, więc gdy otworzyłem Cthulhu Rising wybuchnąłem śmiechem. Ale zrozumiem każdego, kto na widok zawartości pudełka zacznie zgrzytać zębami ze złości.
Gra Cthulhu Rising jest kuriozalnym połączeniem mechaniki i tematyki. W grze nie ma nawet cienia przygody sugerowanej przez okładkę – jest sucha, logiczna, liczbowa gra dla dwóch graczy. Niekoniecznie zła (a gdy ktoś lubi gry Rainera Knizi – to pewnie i ją polubi) – ale powszechnie krytykowana właśnie za połączenie tematyki z mechaniką. W odczuciu graczy zestawienie: ”Cthulhu” i “Knizia” to oksymoron…
Z resztą dr Knizia jest obiektem żartów ze względu na całkowicie dowolne (zwolennicy powiedzą: elastyczne) połączenie tematyki z mechaniką. Wśród wieluset jego tytułów można odnaleźć jednak sporo takich, które mimo obiegowych opini zaskakująco dobrze łączą się z tematem. Zawsze czułem się przewodnikiem karawany grając w Przez Pustnię (gdybym zamiast prowadzić wielbłący miał kłaść rurociągi bądź po prostu kolorowe pionki – pewnie nie kochał bym tej gry tak bardzo); w Pędzących Żółwiach rzeczywiście wcielam się w żółwika i radośnie z mozołem zasuwam do sałaty. W Modern Art można uwierzyć wpatrując się w bohomazy na kartach, że chodzi o galerie sztuki współczesnej. W Konfronacji sytuacja jest jasna – pomimo, że to nie gra przygodowa, to nie są szachy a zmagania Drużyny z Sauronem.
Ale już nikt mnie nie przekona, że w mojej ulubionej grze Knizii, Zaginionych Miastach, chodzi o jakieś ekspedycje, w Ra – budowanie potęgi Egiptu,
Cthulhu Rising, jak te i wiele podobnych gier – jest dokładnie o niczym. O kładzeniu numerków na planszę… Spore pudełko z Przedwiecznym na okładce nie ma kompletnie nic do niej, tytuł – elektryzujący fanów twórczości Lovecrafta – nie da się połączyć z grą w najmniejszym stopniu. W Mmm…. Brains można się było przynajmniej najeść mózgów. W Cthulhu Rising nie spodziewajcie się nawet grama grozy.
PS. Najsłuszniej robie dr Knizia projektując gry jak słynny Ingenious – znakomita i nie ma się do czego przyczepić!
PPS. A pod tym linkiem dostępne aktualnie gry Rainera Knizi.
PPPS. Nabywców dodatku do St.Petersburga też ostrzegam przed szokiem po oworzeniu (sporego) pudełka. Trzy drewniane kosteczki i dwadzieściakilka kart na dnie wypraski robią smutne wrażenie. Na szczęście dodatek jest znakomity i niedrogi.

Dodatek do St. Petersburg niedrogi? W wesji niemieckiej się zgadza, bo angielska ma cenę mało przyjemną (jak na zawartość) ;)
Sztefan — 26/11/2008 @ 10:41
Całe szczęście w St. Petersburgu nie ma tekstu, można więc spokojnie kupować tańszą niemiecką wersję – w przeciwieństwie do Agricoli, niestety.
Pit — 28/11/2008 @ 10:13
Ja kupiłem wersję niemiecką Agricoli – wystarczy powsadzać karty w koszulki, a do nich dorzucić wycięte tłumaczenie kart. I wszystko działa, a oszczędza się 60 złotych (czyli spooroo). Minusem jest tylko to, że trzeba nad tym spędzić sporo czasu.
Wehr — 07/12/2008 @ 17:07